Haru już prawie u nas!

PitaPata Dog tickers

niedziela, 16 listopada 2008

Rozstanie kochanków

Jestem porąbana.

Wczoraj mojego kota kopnął zaszczyt- pozwoliłam mu spać ze mną. Był to drugi raz, pierwszy wspominałam bardzo mile (nie ma nic fajniejszego niż futrzak, który grzeje i mruczy), więc się nie wahałam.

Koło 5 nad ranem mój kochany kot obudził mnie drapaniem o drzwi. Myślę sobie: co za inteligentny zwierzak, zamiast ulec swoim czynnościom fizjologicznym tutaj, w moim pokoju, budzi mnie, by dać im upust na dworze. Jakiż inteligentny kocur!

Zwlekam się więc z łóżka, i co widzę pod szafką? Kałużę siuśków. Czyli jednak dał upust TUTAJ, w moim pokoju. Kot wyleciał za drzwi z solidną naganą (patrzył na mnie z ogromnym wyrzutem), a ja przyniosłam starą szmatę, tonę papieru toaletowego, odświeżacz powietrza i biorę się za wycieranie. Oczywiście właściciele kotów są zapatrzeni niesamowicie w swoje zwierzaki, więc sobie myślę, że w sumie, to on TYLKO nasikał, to nie żadna tragedia, nie pierwszyzna, wypadki chodzą po ludziach, tfu, kotach, i takie tam. Już prawie skończyłam wycieranie, patrzę w lewo, a tam kupa.

Nie wiecie co czuje człowiek, który wycierając siuśki swojego kota o 5 rano nagle odkrywa, że obok niego leżay coś więcej. W tym momencie pchały się na moje usta najwymyślniejsze, jeszcze nieodkryte przez ludzkość przekleństwa, dzięki którym mogłabym się jakoś zapisać w historii języka.

Jak już mówiłam, właściciele kotów są zapatrzeni w swoje zwierzaki, więc starałam się widzieć same plusy w kupie mojego kota (ha ha ha). Naprawdę się starałam.

Gdzieś przed 6 rano udało mi się skończyć wszystkie czynności (niedziela, chora pora a ja na nogach!), otworzyć okno i użyć pół odświeżacza do powietrza marki Brise o zapachu lawendy (tfu!). Wyszłam na dwór, żeby wywalić szmaty, a tam patrzę- mój kot spowrotem pcha się do domu. No, co to to nie. Kocur spojrzał na mnie oczami pełnymi niemego wyrzutu gdy stanęłam pomiędzy nim a drzwiami frontowymi, po czym odszedł ze spuszczonym ogonem.

Przypominaliśmy parę kochanków, którzy rozstają się na wieki wieków, by cierpieć z powodu niespełnionej miłości kolejne wieki wieków. Ale sądzę, że nawet najbardziej wyrozumiałam Julia nie od razu by wybaczyła, gdyby jej Romeo narobił na panele, a ona musiałaby po nim sprzątać, i to w niedzielę.

Ostatnie dni, jak zwykle, pełne emocji. Byłam w stolicy na kursie, poznałam parę fajnych ludziów, dowiedziałam się, że jestem koszmarnie nieporadna, jeżeli chodzi o farby, i że powinnam zaopatrzyć się w koszmarnie drogie akryle. I jeszcze znalazłam torbę, która zwaliła mnie z nóg, więc jeszcze analizuję zamiar jej kupna. Chociaż i tak wiem, że ją kupię, ale staram się zachować pozory rozsądku (ach, te kobiece sztuczki). Jestem już 100% pewna, że jeżeli zechcą mnie mieć w szeregach uczniów PJWSTK, to ja już natychmiast jestem chętna i gotowa. Bierzcie mnie! 8D

Tyle.

poniedziałek, 22 września 2008

Finał

Ostatnie 3 dni to ciągły koszmar na jawie, z którego nie mogę się obudzić.

Nie wiem, od czego zacząć. Mam mętlik w głowie, i nie wiem, co we mnie przeważa- wściekłość, żal, uczucie zawodu?

Cały dzień myślałam tylko o jednym. Jak zrobić, żeby było dobrze z kotem. Rano nakarmiłam go, posiedziałam chwilkę, wyszłam do szkoły. Całą drogę moją głowę zaprzątał tylko kociak. Znów zadzwoniłam do schroniska. Powiedzieli, że przyjmą go. Na pytanie, czy go nie uśpią, pan ze śmiechem spytał, kto mi takich głupot naopowiadał.
Odetchnęłam z ulgą. 'To będzie dla niego najlepsze wyjście, jedyne wyjście', myślałam.

Kończyłam późno lekcje, a schronisko czynne do 15.00. Pokonałam drogę do domu w rekordowym czasie. Tak się cieszyłam, że kociak będzie miał gdzie zostać. Byłam taka szczęśliwa!

Zwyczajowo wpadłam do kuchni, a tam tata powitał mnie słowami 'Mam złą wiadomość'.

Bolo zagryzł kociaka.

W takich momentach nienawidzę tego wszystkiego. Życia, i zasad, jakie w nim panują. I przede wszystkim Ciebie, Boże. Z całego serca mam ochotę pieprznąć Ci w twarz. Wiem, że to Twoja sprawka, że to Ty mi go podsunąłeś. Niezła tragikomedia, co? Pewnie świetnie się bawisz, widząc jak ja ciskam gromy i wrzeszczę z bezsilności.

Mama, jedyne co umiała mi powiedzieć, to 'czego beczysz'. 'Takie są prawa natury' i inne frazesy, które mam ochotę wcisnąć jej... tata mnie przytulił. Powiedział, że jemu też jest przykro. Chociaż tyle.

Zadaję sobie pytanie, po co go wzięłam. Żeby go zabić? Oczy mnie bolą od płaczu, ręce od zaciskania. Co ja najlepszego zrobiłam? Po co było to wszystko? Trzeba było go ominąć, to może by żył. Może znalazłby go ktoś odpowiedniejszy. Może to wszystko skończyłoby się inaczej.

Mam dość. Już nigdy więcej nie dam się wciągnąć w taką sytuację. Żegnaj Judymie.

sobota, 20 września 2008

Kot

Zastanawiam się, skąd się bierze ta moja bezdenne głupota. Gdzie ja się nauczyłam takiej naiwności, której nie da się wyplenić żadnymi sposobami. Skąd?

Znalazłam dzisiaj kota. Mały, czarny, wychudzony. Nie bał się, nie uciekał, jadł właśnie coś co ludzie o zdrowych zmysłach ominęliby szerokim łukiem.

"Mogłaś go zostawić, ominąć, jak wszyscy inni." Mogłam, ale tego nie zrobiłam. Czemu? Bo jestem głupia. Bo on TAK patrzył. Było mnóstwo rzeczy, które o tym zadecydowały. Nie szarpał się, gdy brałam go na ręce. Chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu było mu ciepło, bo zaczął mruczeć.

Niosłam go całą drogę na rękach, a on tylko kładł uszy po sobie. Może bał się samochodów. Bóg zapłać, rodziców nie było w domu, kiedy wróciłam ze szkoły. Dałam mu jeść, napił się mleka.
Zaniosłam go do Jurka. Istniała szansa, że go przygraną. Nie wyszło.

Wróciłam do domu. Nie mogłam długo ukrywać przed rodzicami, że na ganku w koszyku siedzi kot. 'Znowu coś przywlokłaś'. 'Tylu przechodzi obojętnie, czemu ty nie możesz'. 'To nie jest zabawne'.

Dzwonię do schroniska.
-Schronisko nieczynne.
-Jak to nieczynne?
-Czynne w dni robocze od 7 do 15.
-Ale ja chciałam się spytać, czy można zostawić zwierzaka...
-Ma pani wolną sobotę?
-No... mam. (Co nie jest prawdą, bo akurat dzisiaj mieliśmy lekcje)
-Ja też chcę mieć.
I tyle go było słychać.

Nie, wcale nie uważam, że to zabawne. Nie chcę mieć 6 kotów, to i tak o 5 za dużo. Karmienie ich, poświęcanie czasu... to wszystko to odpowiedzialność. Myślę sobie, że mogłabym go zostawić. Jasne. Być jak cała reszta tych pół-mózgów, których nic poza czubkiem własnego nosa nie interesuje.
'O, jaki biedny kotek.' I idą dalej, pieprzeni egoiści. Politować się to każdy lepszy kretyn potafi. Ale żeby coś zadziałać...
Szlag mnie trafia, że ten dupny świat wygląda tak, jak wygląda. Co ja sama mogę. Zaciskam tylko zęby ze złości. Chrzanione filantropy.

Śmiałam się z Judyma, który sam jeden chciał naprawić świat. Teraz widzę, że gdybym mogła, stanęłabym teraz po stronie jego zwolenników.

Z kotem pójdę w poniedziałek do schroniska.

niedziela, 7 września 2008

PJWSTK

Wczoraj byłam w Warszawie, na dniach otwartych w Polsko Japńskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych. Najfajniejsze jest oczywiście to, co było PRZED tym wszystkim.

Bo z dziadkami nie chciało nam się tłuc od mamy samochodem do szkoły, więc kupiliśmy sobie bilety dobowe (które podrożały o 2 złote! Zdzierstwo!) i wskoczyliśmy do metra. Wysiedliśmy na stacji Centrum, i tragedia- babci rozerwała się spódnica na... no, wiadomo gdzie najczęściej się rozrywa. I się rozdzieliliśmy. I to był początek.

Bo kazali mi wsiąść w tramwaj i jechać na Plac Zawiszy, i tam podobno bez problemu trafia się do PJWSTK. Ha ha. Wysiadłam, gdzie chcieli, pytam się jakiejś normalnej pani, gdzie tu Koszykowa ulica jest. A ona na to, że to w ogóle nie te rejony! D: I karze mi wsiąść w autobus nr 159. Jaaasne, autobusy to śmiertelna pułapka dla n00bów w Warszawie- wywoziciele w NAPRAWDĘ nieznane rejony, tzw. 'Bóg wie gdzie'.

Przy okazji inna pani (już nie wyglądała normalnie, każdy element jej stroju był w innej bajki) próbowała wcisnąć mi historyjkę, że ukradli jej portfel i że potrzebuje 5 zł na powrót do domu... Oczywiście moja naiwność pewnie wzięłaby górę nad rozsądkiem, i pozbyłabym się 5 zł. Gdybym je miała. Ale akurat tego dnia nie miałam przy sobie żadnych funduszy.

Na owym Placu Zawiszy spytałam o drogę pewnego pana, który wyjął z plecaczka mapę, i razem szukaliśmy. Przyjemnie było, ale niespecjalnie mi pomogło, bo mapy... no, nie mam do nich głowy. D:

Wróciłam do Centrum, i tam było już o wiele lepiej, bo mili ludzie w końcu wskazali mi jakąś konkretną drogę. Poszłam Emilii Palter i spotkałam (Bóg zapłać!) TAKSÓWKARZA.

M: Przepraszam, wie pan gdzie jest ulica Koszykowa?

T: (z nieopisanym uśmiechem) Wieeem.

M: A... a powie pan?

T: Nooooo... powiem. Na pierwszych światłach w prawo.

Ci to wiedzą, co i jak i gdzie.

I tak mijałam ludzików, co mnie popychali do celu. Pan z dzieckiem, dwóch chłopców, pan z siatką... I TAAAAK! KOSZYKOWA AT LAST!

Teraz już tylko znaleźć nr 86. Dosłownie biegłam, już czułam, że jestem blisko! I co mnie mija? Autobus nr 159. -__-' No, mniejsza o to, na następny raz będę wiedziała. Po drodze spotkałam Anię z Kamilem, którzy przyjechali na dni otwarte z Sandomierza. Było ok. 10.40, a umówieni byliśmy na 10.00, ale wszyscy trochę pobłądziliśmy...

PJWSTK utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że chcę tam iść. Ta atmosfera, ci uczniowie, nauczyciele... wsiąkałam atmosferę jak gąbka, wyobrażając sobie, że za rok, to ja będę dokładać plam od farb na podłodze. Zakręceni pozytywnie ludzie. I nie obchodzi mnie, ile ona kosztuje. Intuicja mi podpowiada, że to się zwróci w swoim czasie. :)

To, co mnie najbardziej cieszy w mojej obecnej sytuacji, to to, że już wiem, co w moim życiu co i jak. Przez większość gimnazjum myślałam o tym, co mam robić, gdzie jest moje miejsce. Pytałam samą siebie: 'Magda, w czym Ty jesteś dobra?'. Patrząc na oceny, to chyba we wszystkim, można było odpowiedzieć. 'To co lubisz robić?'

No i tu odpowiedź przychodziła sama, nie musiałam się nawet wysilać: rysować.

Tyły zeszytów, dziesiątki brudnopisów, boki książek. Wszystko zabazgrane tonami rysunków. Uwagi nauczycieli, bo 'Madzia nie uważa na lekcji i rysuje'.

Ale 'artysta to nie zawód'- to słyszałam przez całe życie od rodziców. I zgadzałam się. To było takie moje życiowe oszustwo. Bo miałam być tłumaczem. Poważany zawód, pewnie dużo się zarabia, a ja w te klocki językowe jestem dobra.

Teraz już wszystko jest jasne- zostanę grafikiem. Ale cały czas rozmyślam hipotetycznie- a gdyby mama nigdy mi nie wspomniała o PJWSTK? Gdybym zdecydowanie szła w kierunku UW, bo tego ode mnie wymagają? Brrrrrr. D:

Trzeba podążać za znakami. Zaufać czasem intuicji. Teraz już to wiem, że pracuje się ZA pieniądze, nie DLA pieniędzy. Rób, co lubisz tak, żeby Ci za to płacili. I tym się będę kierować.

piątek, 22 sierpnia 2008

Bezzzzzzzsensu

Warszawa i Radomsko - porównanie jeśli chodzi o jazdę po mieście:
W Radomsku w korku ( a tak, zdarzają się) jeździ się tak: sprzęgło, jedynka, sprzęgło, dwójka , podjechanie , sprzęgło , hamulec, luz, czekać aż ruszą. Mniej więcej.

W Warszawie natomiast w korku jeździ się tak:
sprzęgłojedynkagazwpodłogęnoklaksonkurwaklaksongdzieklakson
jedzieszklaksonkierunkowskazalboniezmieniampasahamulec
sprzęgłoluz. Klakson.

Tak w ogóle znalazłam tonę durnych żartów. Kocham durne żarty, ale jeszcze bardziej lubię się z nimi dzielić.
A. I lubię długie żarty. Dlatego starajcie się chociaż zapamiętać początek, to koniec będzie o wiele zabawniejszy. Zaufajcie mi.

____________________________________________________________________
Zorganizowano zawody dla złodziei, oczywiście oprócz reprezentacji niemieckiej i rosyjskiej pojawiła się drużyna polska. Zasady proste: sejf, milion dolarów, jury gasi światło na 1 minutę, po upływie czasu zapala światło i ocenia.

Pierwsi niemcy, gaśnie światło, minuta, PSTRYK, zapala się, a niemcy grzebią przy sejfie i nic

Drudzy rosjanie, gaśnie światło, minuta, PSTRYK, zapala się, a ruscy grzebią przy sejfie i nic

Na końcu Polacy... gaśnie światło, mija minuta, PSTRYK, PSTRYK i dalej ciemno, światło nie działa, i tylko słychać z ciemności głos:


Gienek! Mamy milion dolarów! Na huj Ci ta żarówka?

____________________________________________________________________
Mały chłopczyk wraz z tatusiem znaleźli w lesie małego jeżyka. Leżał pod
kępką trawy i drżał z zimna. Chłopczykowi zrobiło się żal jeżyka i poprosił
tatusia, żeby zabrali jeżyka do domu. Tata się zgodził, i tak jeżyk
zamieszkał u nich.
Chłopczyk bardzo dbał o jeżyka, poił go mleczkiem i dawał mu najlepsze
owoce. Jeżyk zajadał ze smakiem i nieraz - ku zdziwieniu chłopca -
pomrukiwał z zadowoleniem. Na zimę jeżyk - jak przystało na wszystkie
porządne jeżyki - zapadł w zimowy sen. A na wiosnę jeżykowi urosły
skrzydła, na czole wyrósł róg i odleciał przez niedomknięte okno.
Wtedy stało się jasne, że chłopczyk z tatusiem nie przynieśli z lasu
jeżyka, tylko jakieś c**j wie co.

____________________________________________________________________
Archeologom udało się całkowicie odszyfrować napis na płytach darowanych Mojżeszowi. Okazało się, że przykazanie było tylko jedno:
"Nie z czasownikami pisze się osobno. Na przykład: nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż, itd."


____________________________________________________________________
Facet przychodzi do urzędu i oznajmia:
- Chciałbym się inaczej nazywać.
- Dobrze. Jak pan się nazywa?
- Franek Dupa.
- A jakby chciał pan się nazywać?
- Józek Dupa.

____________________________________________________________________
I na koniec, żarty dla tych, co znają engrish. Nauka języków popłacaaa. :D

An airplane takes off from the airport. The captain is Jewish and the First Officer is Chinese. It is the first time they have flown together and it is obvious by the silence that they do not get along.
After thirty minutes, the Jewish Captain mutters:
- I do not like Chinese.
The First Officer replies:
- Oooooh, no likee Chinese? Why dat?
- You bombed Pearl harbor. That is why I do not like Chinese.
- Nooooo, noooo... Chinese not bomb Peahl Hahbah. That Japanese, not Chinese.
- Chinese, Japanese, Vietnamese...it does not matter, they are all alike.
Another thirty minutes of silence. Finally the First Officer says:
- No likee Jew.
- Why not? Why do not you like Jews?
- Jews sink Titanic.
- No, no. The Jews did not sink the Titanic. It was an iceberg.
- Iceberg, Goldberg, Rosenberg, no mattah... all same.


And this one jest bardzo hard to anderstand. Trzeba umieć wyciągać wnioski!
____________________________________________________________________
4 Chinese, Chu, Bu, Fu and their sister Su decided to emigrate in the USA.
In order to get a Visa, they had to adapt their names to American standards.
Chu became Chuck, Bu became Buck.
Fu and his sister Su decided to stay in China.

niedziela, 17 sierpnia 2008

"Wszystko czego potrzebujesz..."

"...masz już w sobie", czy reklama Nike Courage, która nie daje mi spać, i budzi we mnie uśpione emocje.



Właściwie mam swoje zdanie o Olimpiadzie, ale nie bardzo chce mi się nim dzielić z kimkolwiek, bo moje idealistyczne twierdzenia są z łatwością obalane. A i tak nie dają się wykorzenić.

Olimpiada nie powinna być przyznana Chinom, zdaję sobie sprawę z tego. Łamią prawa człowieka, a kara śmierci to u nich sposób na zmniejszenie populacji.
Ale stało się. Doceńmy ich trud. Ten cały bojkot to dla mnie czysty rasizm, i Chińczycy też to tak odbierają. Pozwólmy im być dumnym z tych kilkunastu dni, które przygotowywali dla NAS, dla całego świata, przez tyle lat. Otworzyli się, dla mnie to jasny sygnał, że chcą zmienić swój kraj.
A Tybet? Świat milczał baaardzo długo, a teraz wyciąga się tą sprawę tylko po to, by dokopać Chinom, bo okazały się za dobre. Są inne sposoby, by zaprotestować.

Uszanuj Olimpiadę. A jak się nie podoba- NIE OGLĄDAJ.

Kolejna reklama, tym razem promująca Olimpiadę w Pekinie.



Poruszył mnie ten filmik, i to tak do głębi. Patrzę na sportowców, na ich zmagania, trud, wysiłek. Mniejsza o powody, dla których to robią. Ale widzę, jak pokonują kolejne bariery, i wszystko się we mnie gotuje. Oglądam Pekin 2008 prawie codziennie, i prawie codziennie ryczę, widząc łzy i tych przegranych, i tych wygranych. Jak dla mnie- wszyscy są zwycięzcami. Każdemu z nich dałabym złoty medal, za to co robią. Udowadniają, że niemożliwe nie istnieje.

A teraz mój osobisty faworyt. Zaczerpnięte z http://www.nike.com/nikeos/p/nike/pl_PL/courage:
'Po naciągnięciu ścięgna podkolanowego w połowie drogi w biegu na 400 m na Olimpiadzie w 1992 roku, Anglik Derek Redmond rozpoczął powolne kuśtykanie w kierunku mety. Po zobaczeniu cierpiącego syna, ojciec Redmonda i jego długoletni trener przesunęli pas zabezpieczjący i przebiegli na stronę Redmonda. Po wspólnym przekroczeniu mety, Redmond rozpłakał się, zakończył swoją karierę Olimpijską przy owacji publiczności na stojąco.'



'To historie sukcesu. Cierpienie. Pasja. Siła. To momenty, definiowane nie zwycięstwem, czy przegraną, ale bohaterstwem.'

Czy mogę powiedzieć coś więcej?

piątek, 27 czerwca 2008

Prawo jazdy D:

Niezgodnie z tematem, ale będzie krótko: oduroczyłam się. No i w sumie nieźle, choć nie jest mi teraz lżej (a powinno, prawda?). Ale było i zabawnie, i przyjemnie. :) Powinno mi się to częściej zdarzać, bo chyba brałam to wszystko (naczy zauroczenia, zakochania) za bardzo 'na serio' do tej pory. A teraz luz. :)
I tyle.


Ostatnio śniło mi się coś (nie)zabawnego. Otóż, miałam egzamin na prawo jazdy. Siedzę w corsie, obok mnie egzaminator- oczywiście ten najgorszy z możliwych, którego wskazał mi p. Andrzej, jak byliśmy w Piotrkowie. Ma na nosie to okropne okulary przeciwsłoneczne, więc kompletnie nie widać po nim, jakie na nim wrażenie zrobiłam (oż!). Jedziemy, jedziemy, a tu pada to magiczne stwierdzenie: 'A teraz zaparkujemy w dogodnym miejscu'. D: Ou noes.

Nie traćmy zimnej krwi! Z prawej parking, będę parkować tyłem. Wrzucam wsteczny, i wjeeeżdżam. Jest idealnie, jestem równolegle do samochodów po bokach i... zapadam się w fotel, zapominam, gdzie jest hamulec, i wyjeżdżam z parkingu na jakieś pole. :|

Patrzę na egzaminatora w te jego okulary, i pytam: 'I co, nie zdałam?'
Na jego twarzy wykwita przepaskudny uśmiech i padają słowa: 'No nie. PROSZĘ SIĘ PRZESIĄŚĆ DO TYŁU'.

D':

Mniejsza o sen. Dzień wcześniej pojechałam do Piotrkowa, coby zapisać się na egzamin. I zapomniałam pieniędzy.

.___.

To po prostu mistrzowskie zawalenie sprawy. Tylko JA popełniam tak krytyczne błędy, tylko JA. Nie wzięłam również zaświadczenia lekarskiego. Tylko JA.

Byłam zła na siebie, co nie zmienia faktu, że nawet gdybym miała te dwie rzeczy, niczego bym nie załatwiła. Otóż, pojechałam z rodzicami do Piotrkowa, by znowu się zapisać. Nie mogłam. Nie posiadałam zaświadczenia o zameldowaniu (paszport niczego nie dowodzi) i zgody rodziców (mimo, że rodzice byli ze mną tego dnia). Nie byłam wściekła. Ogarnęło mnie pełne otępienie, i obojętność. :| OTO I MNIE DOSIĘGNĘŁY MACKI BIUROKRACJI! D:

Hmnpf. Dzisiaj jadę po raz trzeci i ostatni, mam nadzieję. Termin egzaminu będzie prawdopodobnie gdzieś we wrześniu, może szczęśliwie uda mi się załapać na sam koniec wakacji?

Oby. :) To we wrześniu będę mogła sobie kupić wymarzony pojazd, model 'Cozy Coupe II', ukazany poniżej. :3 Jest ekonomiczny i ekologiczny, więc chyba się skuszę...

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Bo będzie dopsz.

''They say time changes things, but actually...
you have to change them yourself.''



Dawno nie pisałam. Wstyd i hańba. Więc dzisiaj... może trochę zwierzeń? C:

Dziś, jak chyba wszyscy wiedzą, był ostatni trening capoeiry w Radomsku, przed wakacjami. To chyba najlepsza roda, jaką udało nam się skleić. Było dużo osób z Częstochowy, więc sami profesjonaliści... ale nie o tym być miało.

Dziś uświadomiłam sobie bardzo, baaardzo dużo. Nie były to rzeczy nowe, ale jakoś nie chciały dotrzeć do mojej świadomości, tylko kisiły się gdzieś tam na dnie.

Po pierwsze. Początek tego roku był tragiczny. Rozstałam się z bliską mi osobą. Moja wena i talent rysowniczy wsiąkły Bógjedenwie gdzie. Rozwaliłam sobie nogę (i płacę za to do dziś). Ale to, co mnie najbardziej bolało to to,, że oddaliłam się od ZHP. Nic, naprawdę nic nie układało się po mojej myśli. Tak jakby Ktoś Tam Na Górze stwierdził, że do tej pory za dobrze mi się powodziło, a ja zbyt lekko podchodziłam do życia.

Czułam się okropnie. I jeszcze gorzej.

Ale wiadomo, Natura nie lubi próżni, ale jeszcze bardziej nie lubi zastoju. Zmiany nie przyszły nagle, ale przyszły. Najwcześniej zaczęła się capoeira, bo 11 lutego. To był w pewnym sensie moment przełomowy; coś, co rozpaliło we mnie na nowo pasję, dało nadzieję na jakieś rewolucje w moim życiu. Srodze się zawiodłam, bo to nie była rewolucja, której oczekiwałam. Nic szokującego, powalającego. To było jak tycie ziarenko, które zasiało się we mnie, a teraz rozrosło na naprawdę kawał drzewa, które opalata mnie, i coraz mocniej zapuszcza korzenie w mojej duszy. W końcu czuję każdą częścią siebie, że jestem na właściwej drodze.

Wraz z wiosną przyszło też zauroczenie. A może już zakochanie? Nie wiem, nie jestem dobra w określaniu uczuć, szczególnie swoich. Tak czy siak, w tym wypadku 'nie dla psa kiełbasa, nie dla kota salami'. C: Ale tak jest mi dobrze.Takie rzeczy same przychodzą, same też odejdą, jeżeli nie będą prawdziwe. Najlepszym doradcą pozostaje czas, a ja postaram się być cierpliwa (choć jestem kiepska w te klocki, naprawdę; czasami mam ochotę wyrzucić to wszystko z siebie).

Co do rysunków... cóż. Mam wakacje, a wiem, że moja wena przychodzi sama z siebie, i kiedy jej się podoba. Jest kapryśna. Tutaj też postaram się być cierpliwa, bo weny nie da się do niczego zmusić. I tyle.

Ale przychodzą pewne zmiany. Dziś widzę, że nie ma już tam dla mnie przyszłości, drogi rozwoju w ZHP. Przynajmniej nie takiego rozwoju, jakiego ja pragnę. To już nie jest to, czego szukam. Walczyłam z tą myślą od długiego czasu, i to było jak rozdrapywanie w kółko tej samej rany. A ja robiłam jak zwykle to, co umiem najlepiej. Uciekałam. Od odpowiedzialności, szczerości wobec samej siebie i wobec bliskich mi osób.

Teraz mówię w końcu stop.

Kocham 'Zorze', ale jestem dla nich tylko ciężarem. Kocham 17 RDHs, ale jestem niczym BMW- bierny, mierny, ale wierny. Kocham XVI szczep Hubalczyków, i wszystkich ludzi, którzy należą bądź należeli. To dzięki Wam jestem tym, kim jestem. Zawdzięczam Wam 1/3 mojego życia. Smutków i radości, sukcesów i porażek, chwil złych i dobrych.

Zawsze będę Zorzanką i Hubalczykiem. Na zawsze, i mimo wszystko, i nigdy się tego nie wyprę!

Nie wiem jeszcze, co teraz. Muszę o tym porozmawiać z osobami wyższego szczebla. Nie obrażę się, jeżeli powiedzą, że nie widzą dla mnie miejsca w szczepie, choć pewnie ściśnie mi się gardło.

Ryczę. Jestem głupia. Ale wierzę, że 'będzie dopsz. Musi.'

sobota, 19 kwietnia 2008

Mon dieu! Żenua!

Ha.

Kocham żenujące posty, które pogrążają mnie w oczach społeczeństwa. A dzisiejsze popołudnie, spędzone wraz z moim bratem, jest idealnym momentem na to, by dać pole do popisu naszej óomności. :D

Zaczynijmy od opisu sytuacji- mojemu bratu, Tadziowi, zabrano jego Słodkie Maleństwo (czyt. komputer). Jest to dla niego ogromny cios, biorąc pod uwagę, że siedzi całe 5 dni w internacie, odcięty od świata. Niezrażeni tym faktem, postanowiliśmy zorganizować sobie zajęcia. Bądź co bądź, jesteśmy kreatywnym rodzeństwem!

Początkowo oglądaliśmy jeden z 'żenujących' programów, znanego wszystkim 'Szymon Majewski Show' z Dorotą Wellman i Rudim Schuberthem. Mniejsza o sam przekaz, ważne był jeden moment: 'Żenujący Żart Prowadzącego'.

ŻŻP brzmiał tak (usiądźcie lepiej):
-Co je coco jumbo?
-Jaja je!

Gdyby ktoś nie kojarzył (choć to kultowy przebój mojej młodości! :')


Drugim żenującym momentem tego dnia były dwie Kinderniespodziewajki, które zakupił mój brat. Niedowiary- stare, 17-letnie konie, a ja piszczałam na widok grzechoczącego, czekoladowego jajka. :D Mniejsza o to, co ja miałam w środku- mojemu bratu trafiła się plemniko-podobna zabawka, która przyczepiała się do ubrania. :D

Więc postanowiliśmy urządzić mały konkurs- stanęliśmy sobie w pewnej odległości, i rzucamy do siebie. Punktacja- 5 za trafienie w ogóle, 10 za piersi. :D I nagle mój braciak trafił gdzieś poniżej mojego szanownego biustu. Komentarz Tadzia:
-No, prawie, prawie... Gdybyś była starsza, to bym trafił...
Khie, khie. Bracie, mój biust tak szybko nie straci jędrności, masz na to moje słowo. :P

Na zakończenie gry, oboje zgodziliśmy się, że brak komputera robi ZŁE rzeczy z ludźmi. :P

Później, tak jak planowaliśmy, postanowiliśmy zamówić pizzę z 'Egipcjanki', razem z ciocią i wujkiem. Khie khie, skończyło się na shoarmie x 4 (jak się ktoś nie orientował- takie kawałki mięsa zapiekane z serem; można dostać w 'Egipcjance' właśnie, bądź w 'Sphinx'ie'; polecam drobiową).
Odpadłam od jedzenia w połowie. Ciocia zaczęła dziabać wujka, mniej więcej pod pachą, na co wujek, żeby go nie dziabała po brzuchu.
-No tak, Ty to wszędzie masz brzuchy, dał ci 10. A mi pokazał taki duży rozmiar i od razu mi go wsadził... -rzekła z wyrzutemw głosie ciocia...

Zapadło milczenie. Uwierzcie mi, że żołądek to nie była pierwsza rzecz, o której pomyśleliśmy. Wniosek? Banda niedogrzanych zboczeńców, ot co. xP

Resztę dnia spędziliśmy na popychaniu mega-kretyńskich programów na MTV, między innymi MTV Cribs, gdzie mogliśmy podziwiać domy Pudziana (ressspekt, men) oraz Michała W., znanego działacza 'Nas truje', i jeszcze pare innych durnych programików.

Drugi filmik, prawdziwy hicior na JuTub, ponad 40 000 000 wejść, wybrany najzabawniejszym klipem roku 2007, i jeśliście go jeszcze nie widzieli, to oto teraz, macie okazję!



Tak ogólnie, chciałam napisać dziś coś poważnego... ale 'żenua' dnia dzisiejszego przekroczyła wszelkie normy, więc musiałam dać jej upust. :P

Pozdrawiam wszystkich gorąco~ :3

wtorek, 15 kwietnia 2008

ZHP+Capoeira+Zauroczonko

Padam na ryjek.

Ostatnie dni były dla mnie jak istny, diabelski młyn. Od dołka związanego z kursem pierwszej pomocy, aż po brazylijską euforię. Ale od początku.

Zakończył się kurs na ratowników ZHP, który miał miejsce w Częstochowie. Udało mi się zdać, ale nie chciałabym po raz drugi zmagać się z taką ilością stresu. Teoria i resuscytacja przeszły mi gładko, ale symulację musiałam poprawiać. Gdyby nie wsparcie Osy i Yurka, wyparowałabym z nerwów ( co nie zmienia faktu, że i tak się poryczałam). Niewiadomo, jak z naszą specjalizacją zastępu, bo sporo osób nie zdało...

Swoją drogą, kurs nauczył mnie paru rzeczy: przede wszystkim, nigdy nie mówimy przy poszkodowanym 'oh fuck' (liczymy się z możliwością, że zna języki obce). Poszkodowanych nie nazywamy 'denatami'. Nie krzyczymy przy poszkodowanym: 'O w mordę! Przeszło na wylot!', ani nie powtarzamy w kółko: 'Wiecie, on już chyba nie żyje'.


Teraz trochę pretensji.
Co do capoeiry- zmęczyłam się ciągłym namawianiem różnych osób na to, żeby przyszły i spróbowały. Nie chcecie? To nie, może lepiej, że nie wiecie, co tracicie.
Dla tych, co to jeszcze się wahają: nie bójcie się. Nikt Was tam nie wyśmieje. Capoeira jest dla wszystkich- dla małych, dużych, dla tych ze słabą kondychą, i dla wysportowanych. Jeden raz na pewno nie zaszkodzi, a może zachęci. Poniedziałek, 17.30 u mnie- ewentualnie od razu na 18.00 w Publicznym Gimnazjum nr 3. Strój sportowy i, co najważniejsze, WODA (bo uschniecie :P). I nie wolno się spóźnić, bo se nie poćwiczycie. Można też, jeżeli ktoś jest naprawdę zestrachany, przyjść i tylko popatrzeć.

Im bardziej się w to wkręcam, tym szczęśliwsza się czuję. W końcu umiem zrobić mostek, co do tej pory uważałam za niemożliwe. Powoli, małymi kroczkami, ale staję na rękach. Z moją koordynacją jest coraz lepiej. Jest prawie zbyt pięknie, by było prawdziwie...

Ostatni trening był jednym z zabawniejszych. W końcu udało mi się dość roluźnić, nawiązać nić porozumienia, zapamiętać sporo imion innych. A, najmilej wspominam ćwiczenie z DenteDuro. :) Naszym zadaniem było podnieść nogę, położyć ją na brzuchu partnera i popchnąć go (podobno miało być delikatnie :D ). Grześ (vel. Kasia) ćwiczy już 3,5 roku, więc nie mam mu jak podskoczyć z moim 2-miesięcznym stażem (n00b 8D ). Przez chwilę miałam wrażenie, że stracę mój żołądek. Droczył się ze mną niemiłosiernie, a moje popchnięcia kończyły się tym, że to ja leciałam do tyłu, a nie on. :P Ale luz, popracuję nad tym. :)

AH. No i najważniejsze.

Chyba się zakochałam.

Z mocnym akcentem na 'chyba'. I nie 'zakochałam' to zbyt mocne określenie. 'Zauroczyłam', o, to już bardziej. Pewnie dlatego, że wiosna. :D Problem w tym, że ja bardzo lubię powodować powikłania uczuciowe. Mam do tego nadzwyczajne predyspozycje. :) Więcej nie powiem, bo jestem wredną małpą. :P

A teraz utwór, który tkwi w mojej głowie od jakiegoś czasu. A że dzielenie się sprawia mi przyjemność, to się nim z Wami podzielę. :) Doceńcie mój gest. :) Piosenka nosi tytuł 'Seasons of love', soundtrack z filmu 'Rent'.



Muszę przyznać, że ten post jest zupełnie i totalnie najbardziej bezsensowny, jaki do tej pory udało mi się sklecić. Wybaczcie mi tą chwilkę słabości. :P

niedziela, 9 marca 2008

Kobiecy problem

Dzisiaj, proszę państwa, typowo kobiecy temat~! A dokładniej: włosy. Ale nie, nie te rosnące na głowie. Zostawmy je w spokoju, ich się nikt przecież nie czepia. Popiszę dzisiaj o tych zbędnych, które nam, kobietom, spędzają sen z powiek. O, i panowie, nie zbierajcie się jeszcze! Bo Was to też, wbrew pozorom, dotyczy.

Gładkie nogi już dawno przestały być modą- teraz tkwią w umysłach jako norma, konieczność, jeżeli nie chce się być uznawanym za niehigieniczną osobę.

Pamiętam dokładnie dzień, w którym stwierdziłam, że dodatkowe włoski na nogach zaczęły mi przeszkadzać. To była 2 klasa gimnazjum, poniedziałek, WF. Do domu powróciłam z mocnym postanowieniem, że muszę coś z tym zrobić. Mama podarowała mi wtedy golarkę- nie była może najnowszej generacji, ale swoje zadanie spełniła. Przeraźliwie bałam się przyłożyć ją do nogi- w mojej głowie pojawiały się wizje, jak to niepozorne, zielone urządzonko robi mi masakrę z moich kończyn, łazienka jest zalana krwią, a ja wybiegam z płaczem. Naprawdę! Już ja słyszałam opowiadania starszych dziewcząt, jak to straszliwie boli (pomyliłam golarkę z depilatorem :P ). Po 15 minutach w końcu odważyłam się- i stwierdziłam, że zabieg był całkowicie bezbolesny. Ale byłam uchachana. :D Aż się bratu pochwaliłam z tej radochy. Tak, oto w końcu mogłam się cieszyć jedwabiście gładkimi nogami... przez całe 2 dni. Chrzanione, za przeproszeniem, 2 dni, bowiem 3 poczułam tzw. efekt 'kaktusów'. Odrastające włoski były kłujące, ciemniejsze... i jakby było ich więcej? Myślałam, że mi się tylko tak zdawało. A figa. Naprawdę było ich więcej. Ale było za późno, by zaprzestać procederu.

I tak męczyłam się przez jakieś 2 lata, aż mama, chyba przez całkowity przypadek, kupiła mi depilator. Początkowo nie zareagowałam entuzjastycznie. Po prostu wtedu jeszcze nie odróżniałam depilatora od golarki. Szybko jednak zauważyłam różnicę w budowie. Pewnego dnia więc odważnie sięgnęłam po nowe, tym razem różowe (bleh) cudeńko. Przygotowana na bezbolesność, jak przy golarce, przyłożyłam do nogi... i jakby mnie poparzyło. Zrobiłam to na tyle gwałtownie, że różowy potwór pochłonął sporo włosków, a ja poryczałam się z bólu. To bydle wyrywało włoski! Z CEBULKAMI! Rzuciłam je natychmiast w kąt, przyrzekając uroczyście, że już nigdy więcej nie wezmę monstrum do ręki.

Minęły może 2 tygodnie, kiedy znowu podłączyłam je do sieci. 'Potwór', bo tak od tej pory nazywałam mojego Phillipsa Satinelle (polecam tylko zagorzałym masochistom), groźnie warczał, a kabel wisiał mu z tyłka jak smycz. Już ja Cię, bydlaku, rozpracuję. Tego dnia udało mi się wydepilować całą łydkę. Oczywiście nie obyło się bez przekleństw i ciągłego szlochu. Cud, że depilator wytrzymał ten proces, biorąc pod uwagę, że nieraz lądował z impetem na ziemi. Następnego dnia udało mi się załatwić drugą łydkę. Byłam z siebie cholernie dumna. Włoski odrastały długo. Biorąc pod uwagę 2-3 dni przy golarce, 2 tygodnie przy depilatorze były wiecznością. Cierpiałam za to z powodu niemożliwych podrażnień, zapalenia mieszka włosowego i jeszcze wrastających włosków.

J
eszcze gorzej ucierpiała jednak moja psychika. Pamiętam, jak z moim ówczesnym chłopakiem spędzaliśmy dzień. Miałam koleżankę, która kompletnie nie przejmowała się włoskami na nogach, a miała ich ze trzy razy więcej niż ja. Otóż, mój luby stwierdził, że to ją całkowicie dyskwalifikowało w jego oczach. Byłam przerażona. Więc wystarczą włosy na nogach, żeby facet nie widział już w kobiecie KOBIETY? Więc na płeć żeńską składają się tylko gładkie nogi? Do tej pory to we mnie siedzi. Zawsze później, gdy poznawałam jakiegoś chłopaka, brzęczało mi w głowie pytanie- CO BĘDZIE, JAK ON SIĘ DOWIE, ŻE, JEZUSMARIAISPÓŁKA, JA MAM WŁOSY NA NOGACH? (Wcale się nie zastanawiałam, że ON TEŻ ma włosy na nogach i jemu to wisi). Moją depresję i fobię na punkcie nóg pogłębiały wszystkie, idealnie gładkie oczywiście, modelki z okładek czasopism. Miałam wrażenie, że tylko ja jestem nienormalna i tylko ja mam te omega paskudne, owłosione nogi...

Teraz moje nastawienie zmieniło się głównie za sprawą... internetu. Okazło się, że nie ja jedyna mam ten problem... ale jakieś 90% kobiet na świecie. Ilość tematów poświęconych depilacji kremami, plastrami, depilatorami i goleniu była powalająca. I dziesiątki, setki takich samych dziewczyn jak ja. Myślących, że są nienormalne, wynaturzone, że nie są w pełni kobietami. Były też dziewczyny z hirsutyzmem, chorobą związaną z nadprodukcją testosteronu (pierwszy raz się z tym spotkałam!). Niechciane włoski rosły dziewczynom na ramionach, plecach, nawet twarzy, a po porannym goleniu włosy na nogach odrastały im wieczorem. Zaczęłam się zastanawiać, jak one muszę się czuć i jak bardzo ja wyolbrzymiam mój problem.

To był chyba pierwszy krok do samoakceptacji. Nie, to nie oznacza, że podobają mi się moje nogi z kępkami włosów. Teraz jednak patrzę na to jak na coś naturalnego, co jednak trzeba usunąć, tak jak np. wyrównuje się paznokcie. I nie różnię się tym od innych kobiet. To mi dodaje otuchy.

I przyznam, że szlag mnie trafia, jak słyszę komentarze u facetów, że kobieta musi mieć idealnie wygolone ciało, szczególnie jeżeli chodzi o strefy intymne, bo oni sobie nie wyobrażają owłosionych kobiet. O, i że np. nie czerpią wtedy przyjemności ze stosunku czy coś w tym stylu. Chętnie zobaczę jednego z tych kretynów, jak depiluje sobie jaja. Ciekawe, jaką przyjemność będzie odczuwał z podrażnieniami, suchą skórą, wrastającymi włoskami, itd.

Uff.

Tak naprawdę to piszę to dlatego, że dzisiaj zamówiłam sobie nowy depilator Brauna. I nie mogę się już doczekać. Oczywiście muszę go w polu odrobić :) (kosztuje ponad 200 zł) i to nie byle jaki wydatek, ale zawiera mnóstwo bajerów, mających zmniejszyć dyskomfort i zwiększyć dokładność... no a czego nie robi się dla 'urody'? ;)

A oto i on- Braun Silk Epil Xelle 5185 :)

Teraz apel do facetów, krótki i treściwy: Więcej akceptacji. Uwierzcie mi, że kobieta z włoskami na nogach, ale szczęśliwa, jest o wiele lepszą towarzyszką życia niż nieszczęśliwa, a gładka. I tak się nieźle dla Was poświęcamy.


Pozdrowienia dla wszystkich czytających. :)

poniedziałek, 25 lutego 2008

Wspomnienia

Myślałam, że padnę. Idziemy sobie z mamą niedaleko Parku Ujazdowskiego, podziwiamy stolicę wieczorem i w ogóle klimat zabija, a ja tu nagle widzę pałacyk, a przed nim powiewa czerwona flaga z białym krzyżem.
-O, Polski Czerwony Krzyż!- ja na to.
Moja mama spojrzała na mnie lekko z ukosa.

-Przecież to flaga Szwajcarii, ugorze.

...

I faktycznie, idziemy kawałeczek dalej, a tam tabliczka z napisem "Suisse Ambasade"...
Tej pani już podziękujemy.

Podsumowując , moja wizyta w Warszawie przeminęła pod znakiem właśnie takich, lekko absurdalnych dialogów. O, o, na przykład ten (M- mama, B- Busiu):
"M: Ktoś się o mnie opiera.
B: Ktoś spał w moim łóżeczku!

M: Srał pies łóżeczko. Ktoś jadł z mojej miseczki!"

A, a wspomniałam o wizycie w Kuchni Artystycznej Magdy Gessler? To było... coś. Sam lokal, jak na mój (niewyżyty) gust, trochę zbyt minimalistycznie urządzony, ale co tam. Ważne, że krzesełka były przywiązane do sufitu, a menu powalało wymyślnymi nazwami potraw. Mamusia wzięła sobie kremik z brokułów z prażonymi migdałami, j
a zdecydowałam się na placki ziemniaczane z łososiem w sosie pomidorowym. Wróćmy jednak do mamuni. Długo nie zapomnę zdecydowania, z jakim wpychała mnie do owej Kuchni, dlatego to, co się później zdarzyło, było jeszcze bardziej komiczne. Otóż, do maminego kremiku dodali chlebek z jakimś masłem. Kromki były dosyć spore, ale ma rodzicielka się nie zraziła tym faktem. No i kawałek pieczywka wylądował w zupie, rozpryskując zielony krem po całym stoliku. Oczywiście zahaczył również o moją nową, bielutką bluzkę (a propos, plamy się jeszcze nie sprały). W każdym razie, stanęło na tym, że mama siedziała do końca obiadu powtarzając 'Wioch'...

Później wpadłyśmy na pomysł, że może weźmiemy obrusik, w domu upierzemy i zwrócimy, ale... ale dałyśmy sobie spokój. :>

Warszawa to wspaniałe miasto. Wielkie. Tajemnicze. Wiem, jak ludzie się do niej odnoszą- że brudna, dziwna, brzydka i takie tam. Ja też miałam takie podejście. Miałam. Ale ją, tak jak człowieka, trzeba poznać. Małymi kroczkami, powoli, aż, nie wiadomo kiedy, okaże się, że stolica ma swój niepowtarzalny urok. I nie chodzi tu tylko o Starówkę, którą już chyba wszyscy widzieli i którą niejeden wymiotuje. Idźcie na Nowy Świat- tylko zostawcie tą lukrowaną otoczkę. Nigdy nie zapomnę, jak mój znajomy zaprowadził mnie za sklepy- do przytulnych, małych knajpek z 'klimatem', które wyglądają jak zamknięte, pozabijane dechami sklepy. Coś niesamowitego...

Wybrałam też (ostatecznie całkowicie) kierunek mojej dalszej nauki. Otóż, żegnaj Japonistyko na UW, witaj Sztuko Nowych Mediów na PJWSTK~! Brzmi poważnie? Eee tam.
Animacja, malarstwo, grafika, kompozycja... B
oże, dostaję dreszczy za każdym razem, gdy o tym myślę! Zmartwiła mnie jedynie reakcja rodziców na mój pomysł- tak jakby z góry zakładali, że zmienią moje założenia, albo ja ewentualnie zmienię je pod ich naciskiem. Nie tego oczekiwałam... Wiem, wiem- czesne 1000 zł miesięcznie na dziennych. Ale to jest TO, co naprawdę chcę robić! Zaprzedam duszę diabłu, ale pójdę tam. Z błogosławieństwem rodziców czy bez.

Oto dowód~! Rysunek wilka. Otóż na owe studia trzeba zgromadzić teczkę ze swoimi pracami. Chciałam zobaczyć- czy w ogóle jestem w stanie narysować coś, co ma mniejsze oczy niż mangowe panienki. I oto wynik.


Może nie szczyt moich możliwości, ale... chyba nie jest źle?

Nie mam nic więcej do dodania. Więc na zakończenie, anegdotka, którą pochwyciłam w dzisiejszej 'Angorze'.

Archeolodzy odkryli, że Mojżesz zostawił nam tylko jedno przykazanie: "Nie" z czasownikami piszemy oddzielnie, np. 'nie zabijaj', 'nie kradnij', 'nie cudzołóż".

:D

Un~! <3

środa, 13 lutego 2008

Sprawy dwie...

(...co dręczą mnie, albo i nie).
O tak, posiadam mięśnie. Muszę je mieć, bo co inne
go mogłoby tak diabelnie boleć?

W poniedziałek byłam na moich pierwszych zajęciach z capoeiry. Było bosko. Ciężko, ale czy ktoś mówił, że będzie łatwo? Poza tym, jako jedyna z dziewczyn zrobiłam 10 pompeczek. :'3 Przyznaję, że w porównaniu z chłopcami, którzy chyba nosem dotykali parkietu, to NIC, ale... I dużo biegaliśmy, biegaliśmy i... biegaliśmy. Na różne sposoby- przodem, tyłem, 'na czworakach', a później 20 brzuszków, 20 przysiadów i znów bieganko... I mnóstwo, mnóstwo rozciągania. Praktycznie wszystkie ćwiczenia mają na celu wzmocnienie i rozciągnięcie mięśni. Ciężko mi stwierdzić, którym częściom ciała poświęca się najwięcej uwagi, bo boli mnie wszystko. xD Ale co najbardziej zauważam, to:


1. Nogi- z naciskiem na łydki. Czasami żałuję, że chce mi się do łazienki. I na palcach nie dam rady stanąć (póki co). Próbowałam przy lusterku. O, i jeszcze stopy. Jako, że nie stosujemy żadnego obuwia zastępczego, czyli nacz
y biegamy na boso(co ma na celu 'hartowanie' skóry, cobyśmy po betonie biegać mogli, jak to mówi nasz instruktor) bolą niemiłosiernie, i dodatkowo czarne niczym Matka Ziemia.

2. Ręce- tutaj ramiona i wewnętrzna część dłoni. W sumie to nie wiem czemu, ponieważ tak naprawdę, to mało ciosów wyprowadza się rękami. Służą głównie do obrony, zasłaniania twarzy, ewentualnie 'dodania energii' reszcie ciała (ale to trza zobaczyć, żeby zrozumieć).

3. Kręgosłup- o tak. Capoeira robi 'kuku' naszemu drogiemu kręgosłupowi. Ja, ze skoliozą na
poziomie pierwszym, miałam to standardowo gdzieś (wiem, zapłacę za to na starość). Ale kiedy w dzień po treningu poczułam, że nie mogę się wyprostować, bo kłujący, promieniujący aż po mózg, ból nie pozwala mi na to, to... no właśnie. Ale nie zrezygnuję. Nie, bo nie. Jak już pisałam- to jest to, czego szukałam. 'Żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo', hej! I nie ma tam nic o 'I uważaj na kręgosłup!'.

Co jeszcze ciekawego- capoeira to przede wszystkim: mak
symalna koordynacja ciała i mnóstwo akrobatyki. Tak, capoeira uczy przede wszystkim kontroli nad własnym ciałem, emocjami. Nie chodzi o to, żeby przywalić przeciwnikowi, a potem runąć obok niego na ziemi, bo straciłeś równowagę. Chodzi o to, by w razie potrzeby cofnąć uderzenie, i wrócić do pozycji wyjściowej. I to mi się najbardziej podoba w tym wszystkim.

Znów, dla cierpliwych- reklama Orange'a z capoeristą! Wiem, pewnie nikt tego nie zauważył, jak leciało w TiVi, co, zadżumione moje paszczaki? ;) Swoboda&kontrola.




Druga sprawaaaaaa...
A wiecie, co jutro jest? Ano 14 lutego, czyli ano Walentynki.

Mój tata nie lubi tego święta. Twierdzi, że jest namacalnym dowodem na 'zamerykanizowanie' naszego społeczeństwa i w ogóle 'be' jest. Mama ma obojętny stosunek. Ale chyba darzy to święto dziwną, swoistą sympatią.

Do tej pory też myślałam raczej ciepło o 'święcie miłości'. Bo czy może istnieć lepszy powód do świętowania niż właśnie miłość? Tak, takie było moje rozumowanie. Piszę 'było', ponieważ niedawno zaczęłam się nad tym zastanawiać...

Jeszcze parę miesięcy temu byłam przekonana o tym, że spędzę to święto z osobą, która jest dla mnie specjalna. Z osobą, którą (święcie w to wierzyłam) spędzę resztę życia. Z osobą, z którą będę pokonywać, życiowe trudności, z którą będę dzieliła i smutki, i radości. Wreszcie, z osobą, która będzie dla mnie najważniejsza.
Mniejsza o to, jak to się wszystko skończyło. Nie tak, jak skończyć się powinno. Żałośnie śmiesznie, można by rzec. Ale, było, minęło; wa
żne, że nie pleśnieje mi już w głowie.

Dotychczas nie zastanawiałam się, jak traktują to święto osoby, które były lub są w takiej sytuacji, w jakiej ja jestem teraz- samotna od niedawna. Jeszcze przed chwilą posiadające poczucie bezpieczeństwa, czułość, troskę innej osoby i te wszystkie drobiazgi, jakie wnosi do naszego życia miłość, a za moment pozostają
ce z niczym, ewentualnie ze wspomnieniami, które najchętniej wsadziłoby się gdzieś. I to bardzo głęboko.

Jutrzejsze Walentynki spędzę więc samotnie w Warszawie. Sama, ponieważ mama pojedzie do pracy w Blue City, Adaś też do 18 w pracy... Pewne wręcz jest, że spędzę 'Święto Miłości' sama samiusieńka, z wiernym przyjacielem komputerem. Ale nie, nie rozczulajmy się nad sobą. Odwagi, Magdaleno, pójdziemy podbijać Warszawę (co prawda paraliżuje mnie myśl o samotnym zwiedzaniu stolicy, ale...)! Drżyjcie, warszawiaki zadżumione~! 8D

A na końcówkę, coś od http://meago.deviantart.com .Strasznie mi się spodobał, pomyślałam, żem siem podzielę. ;)

No nic. Bełkoczę dzisiaj niemiłosiernie. Chyba więc już skończę... Oszczędzę i sobie, i Wam. ;3
Wszystkiego naj naj naj z okazji Walętynek~!

Zum zum zum, capoeira mata um~!

piątek, 8 lutego 2008

Głęboka analiza...

Jejku.
A miał to być najzwyklejszy żart.

Otóż ustawiłam sobie opisik na GG. Często to robię- a to, żeby kogoś rozbawić, podzielić się refleksją, czy (rzadziej) podroczyć się z kimś. Ot, mam taką możliwość i skwapliwie z niej korzystam.

I także dzisiejszego wieczoru przy moim gadulcowym słoneczku pojawiło się zdanie, które, jak się później okazało, zmusi mnie do refleksji i rachunku sumienia: 'Jezus umarł 2000 lat temu... ale sto tysięcy facetów w czarnych kieckach nadal pilnuje interesu'. Nie, to nie ja jestem jego autorem- przypadkiem natknęłam się na nie na forum Onetu. A że, nie wiem czemu, bardzo do mnie trafiło- dlatego też wylądowało w mojej 'skrzyneczce' ulubionych opisów.

Dwa pierwsze odzewy pozytywne. 'Zabijasz mnie swoim opisem' i 'Świetny opis. :D Genialny :*'. Jest i trzecia odpowiedź. Lecz tym razem zostałam zbesztana za godzenie w cudze uczucia relgijne. Mniejsza o to, jak ta rozmowa dalej się potoczyła. Może ja przesadziłam, ocierając się o 'delikatną' sferę, może ta osoba po prostu zbyt gwałtownie zareagowała. Nieważne. Bo właśnie to mnie zmusiło do przeanalizowania mojej wiary, poglądów i tego wszystkiego, co przemyślenie odsuwałam na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Całkowicie kontrowersyjne, powiązane z Bogiem, wolną wolą i życiem doczesnym.

1. HOMOSEKSUALIŚCI
Mia cha cha. Tutaj stoję twardo na ziemi. Mówię tak! wszystkim osobom LGBT (lesbian, gay, bisexual, transgender). Nauczyło mnie tego życie, a także wyjazd do Zegrza, gdzie to tworzyliśmy razem z masą ciekawych ludzi publikację przeciwko dyskryminacji w ramach projektu 'Youth4Diversity'. Poznałam tam całych 3 gejów, w tym parę. xD Wspaniali, ciepli ludzie, całkowicie normalni. Mogę śmiało przyznać, że byli lepsi od niejednej osoby o orientacji hetero. Z ambicjami, marzeniami, przyjaciółmi, poszukujący szczęścia i miłości.

I tu zaczyna się konflikt. Bo, jak twierdzą katolicy, Bóg nie kocha gejów (chociaż czy tak naprawdę znamy zdanie Boga w tej sprawie?). Geje są be i powinno się ich leczyć. Najlepiej pozamykać i opatulić w kaftaniki z długimi rękawami. Pamiętam moją polemikę z niejakim PIOTREM ZIELONOŚWIĄTKOWCEM z Onetu, który wyznawał właśnie takie poglądy, jednocześnie twierdząc, że 'Jezus Cię kocha, peace men'. Do tej pory pamiętam, jak cytował mi całe fragmenty Biblii, w których to udowadniał mi, że homoseksualiści nie znajdą miłości u Boga. Do bani, za przeproszeniem, z takim Bogiem. Ktoś, kto jest hetero, ale ma w dupie przykazania, zasługuje na Jego miłość, ale dobry, szlachetny homoś nie? DUPADUPADUPA, za przeproszeniem. Oświećcie mnie, bo może jestem w błędzie.

I tak, jestem za legalizacją związków homoseksualnych. Zastanawiam się jedynie nad adpocją dzieci. Mimo mojej szerokiej tolerancji, nie wiem, czy społeczeństwo jest na to gotowe. Ale to prawdpodobnie jedyna kwestia w związku z homoseksualistami, która stoi u mnie pod znakiem zapytania.

2. ANTYKONCEPCJA

Oooo, i znów nie zgadzam się nie zgadzam z Kościołem. Bo jest za. I będę bronić tego tematu rękami i nogami.

Taka mała anegdotka.
Ostatnio na lekcji religii pani czytała nam świadectwo dziewczyny, która stosuje antykoncepcję naturalną ( w sensie bada temperaturę swojego ciała i tym samym określa swoją płodność). Twierdziła ona, że ci, którzy używają takiej antykoncepcji jak tabletki czy prezerwatywy, to sytuacja, w której choinka stoi w pokoju cały rok i tylko od czasu do czasu włącza się ją. Ona natomiast musi czekać ze swym mężem na tą choinkę i jest to dla niej chwilą wielkiej radości.

Aha. Choinka. XXI wiek.

Po pierwsze- metoda zawodna. Bardzo. Wystarczy trochę stresu, lekkie przeziębienie, cokolwiek, co wpłynie na temperaturę i o kant kuli to potrzaskać. Po drugie- tak, mamy XXI wiek. I wymyśliliśmy antykoncepcję dlatego, że jesteśmy ZAAWANSOWANI CYWILIZACYJNIE. Ktoś może zauważyć z przekąsem, że ta cywilizacja i postęp nie prowadzą ludzkości do niczego dobrego. Ale na pewno prowadzi do tego, że nie rozmnażamy się jak króliki. Że rodzi się więcej chcianych dzieci niż 'wpadek'. Chroni przed chorobami wenerycznymi, HIVem i masą innego świństwa.

Katolicy, chcecie, aby ograniczono używanie antykoncepcji? Zamieńmy jedną godzinę religii na WYCHOWANIE SEKSUALNE. Na to, by uświadamiać dziewczyny i facetów, bo obojga to dotyczy, z czym wiąże się seks. Że to przede wszystkim odpowiedzialność, że zbyt wcześnie rozpoczęty wiąże się z okropnymi zmianami w psychice człowieka i może zostawić ogromne rany na całe życie (i jak zwykle gorzej wychodzi na tym dziewczyna). To z pewnością będzie miało o wiele większe praktyczne zastosowanie.

3. ABORCJA

Dziecko nigdy nie prosi się na świat. To dorośli powołują je do życia. Niech więc wezmą odpowiedzialność za swoje czyny. Jednak uważam, że jeżeli kobieta chce- niech dokona aborcji. Szczególnie, jeżeli dziecko jest wynikiem gwałtu (moja była katechetka stwierdziła, że stało się tak, ponieważ "Bóg tak chciał"- w takim razie w jakiego ja Boga wierzę!?), jeżeli zagraża to życiu matki bądź dziecko urodzi się z poważną wadą, która uczyni go niezdolnym do samodzielnego życia (powoływanie na świat kaleki uzależnionego od innych we wszystkim... koszmar dla niego i otoczenia). I naprawdę nie życzę sobie, żeby jakikolwiek facet w koloratce miał decydować o tym, czy ja mam dziecko urodzić czy nie (ani politycy, którzy żyją w oderwaniu od rzeczywistości- SZCZEGÓLNIE część męska). Bo to autonomiczna decyzja kobiety i mężczyzny. Chociaż i tak większe prawa do tej decyzji daję kobiecie, która (przykro mi, panowie) dostaję w związku z tym o wiele więcej 'do przełknięcia'. Jeżeli uważa, że nie podoła wychowaniu, nie ma odpowiednich warunków, nie dostanie od nikogo wsparcia-zawsze może oddać je po porodzie do adpocji. Jeżeli jednak uważa, że i do tego nie jest zdolna- niech dokona aborcji. Trzeba jej jednak przedstawić wszystkie za i przeciw, skutki tej decyzji. I znów- WYCHOWANIE SEKSUALNE MOŻE NAM ZAOSZCZĘDZIĆ DYSKUSJI PT. 'ABORCJA- TAK CZY NIE'.

Nie mogę już. Dochodzi 12.00 w nocy a ja siedzę i rozmyślam nad kwestiami natury moralnej.
Za dużo. Zaczynają się ferie, a ja zamierzam zrobić 'lay back and do nuthin'.

Salut~

czwartek, 7 lutego 2008

Geje i aniołki z północy <3

Boshe, boshe.

Ostatnio usłyszałam od mojej koleżanki opinię, która prawdopodobnie długo zostanie mi w głowie: 'School is gayer than a pack of gay guys at a gay parade on a national gay day' (dla tych, co się nie uczą, wolne tłumaczenie: 'Szkoła jest bardziej gejowska niż banda facetów-gejów na paradzie równości podczas narodowego dnia geja'). Od razu zaznaczam, że nie jestem homofobem (tfutfutfu!). Ale strasznie mi się spodobało stwierdzenie. :P Oczywiście jeżeli założymy, że słowo 'gej' czy 'gejowski' mają znaczenie negatwne...
Przy okazji, warto spojrzeć na wyniki zamieszczonej przeze mnie ankiety. Przypomnijmy- pytanie brzmiało 'Czy lubisz misie panda?'. Większa część zapytanych odpowiada jednogłośnie 'Sex'! Jak widać, ankietowani wiedzą, co dobre. :P Możemy więc odetchnąć z ulgą- nie zagraża nam wymarcie tak jak biednym misiom panda. :D


Jestem niemożliwie podekscytowana tym, że TAK!
W PONIEDZIAŁEK MÓJ PIERWSZY TRENING CAPOEIRY~! :D:D:D

Dlatego też, w związku z czekającym mnie wyzwaniem, wiele czasu poświęcam na 'podrasowanie' swojej kondycji (jej, mówię o niej tak, jakby ona naprawdę istniała. :P ). Rozciąganiex3, 'aerobiczna szóstka Weidera', zimne prysznice, herbatki ziołowe, balsamy wyszczuplająco-ujędraniająco i masa innych, za przeproszeniem, cudotwórczych dupereli, które mają uczynić ze mnie MISS WSZECHŚWIATA I OKOLIC.

No dobrze.
Przyznaję, że ćwiczenia, spacery, bieganie i takie tam dają mi kupę satysfakcji i wpływają dobroczynnie na moje samopoczucie. Herbatka bardzo mi smakuje (ja ogólnie lubię takie ziołowe cusie). Tylko te balsamy mnie frustrują. No bo po co wklepywać to AŻ DWA RAZY DZIENNIE? Nigdy mi się nie chce. >:P

A na zakończenie prezent dla cierpliwych czytelników~! Przed Wami, szanowni czytelnicy, zwycięzca Światowego Idola, 'hobbit o głosie anioła', prosto z dalekiej Norwegii- KURT NILSEN~! (a przy okazji Espen Lind, Askil Holm oraz Alejandro Fuentes- Kurt jest na samym końcu- NA DESER :B )





Warto dodać, że piosenka, którą wykonują nasi sympatyczni Norwegowie, to znana i lubiana piosenka 'Hallelujah'- kojarzona przede wszystkim z filmem 'Shrek'. Niemożliwie wręcz i obłędnie podoba mi się wykonanie tych oto panów. Jeżeli kogoś nie ruszają głosy aniołków z północy- to musiała go dotknąć głeboka znieczulica...

To tyle na dziś. Trzymcie się~<3 Salut~

poniedziałek, 4 lutego 2008

Oświęcim powrócił!?

Niach niach.

Byłam dzisiaj u lekarza. Ale nie takiego byle jakiego, co to za pomocą drewnianego patyczka zagląda Ci do buzi. Ten zagląda zupełnie gdzie indziej.


A mianowicie byłam... U GINEKOLOGA. D:

Mniejsza o szczegóły i cel wizyty. Ot, mała konsultacyjka. Jednak nie przeszkodziło mi to zobaczyć TEGO FOTELA. Oświęcim wita, panie i panowie. Stary, zardzewiały, stojący w świetle lamp, jak ten główny punkt programu. Wystarczyło mi jedno spojrzenie, by zafundować sobie koszmary senne na najbliższe noce.
Tak szczerze (i sadystycznie mówiąc) chciałabym zobaczyć faceta, który odważyłby się wejść na to ustrojstwo. Mianowałabym go z miejsca moim życiowym idolem. :P


Aaa, i tamten wcale nie wyglądał tak wygodnie jak ten powyżej. :P

Aaa, muszę również pochwalić Panią Pogodę. Cieplutko, słonecznie, do tego lekki wiaterek. Brakowało mi słoneczka przez ostatnie dni, oj brakowało...

Spotkania z kochaną łacinniczką, panią L. nie ma, z powodu że bo ona niedyspozycyjna dziś niemożliwie. Tak nam przykro, że jutro nie będziemy mieli tej przyjemności, by spotkać się z panią na lekcji wspaniałego języka naszych przodków, łaciny. Proszę się jednak nie trapić- jakoś przebolejemy tę stratę.

Oj, złośliwa jesteś, Magdaleno. :P

Tak na deser- dzisiaj pierwsze zajęcia z capoeiry. Julita, óomności Ty moja, przyjdź bo stchórzę... Podobno te ćwiczenia źle wpływają na kręgosłup... ale w życiu mam podążać za znakami. A bardziej bijącego po oczach znaku to ja jeszcze od Pana Staruszka nie dostałam, wierzcie mi. Pewnie zdał sobie sprawę, że z moją bystrością coś nie teges, więc postanowił zrzucać mi te swoje znaki tak, abym NA PEWNO je zobaczyła. ;P
I tym razem mu się udało. :'D Amen.

*5 MINUT PÓŹNIEJ*
Aha. Fajnie. Czyżby wszyscy mnie wykołowali?
Nikt nie idzie i nikt nie jest w stanie powiedzieć, że wg niego 'to jest głupie'? Aha. Mhm. Wszystko jasne. Tylko trzeba było tak od razu. Do dupy. Tak. DUPA.

Salut~

niedziela, 3 lutego 2008

...i zaczynasz budować od nowa.

Ojej.
Jakie tu wszystko ładne i nowe. :D

Zakładanie bloga przypomina mi przeprowadzkę do nowego, jeszcze niewykończonego domu. Wybierasz kolor tapet, meble, ozdóbki... Moja przeprowadzka z onet.blog to w sumie jak układanie starych zabawek na nowych półkach. Trochę mnie ścisnęło, jak kliknęłam na oznakowany czerwonymi krechami napis 'SKASUJ BLOGA'... ale, raz kozie śmierć. ;) Jak mój kolega ładnie napisał: 'Co robisz, jak wszystko, co zbudowałeś, rozpadło się?'

'Zaczynasz budować od nowa.'

Ostatnio przeraziłam się, czytając wymagania japonistykę. Ha, gdzieś tam w środeczku czaiło się nieśmiałe podejrzenie, że nie będzie tak łatwo, jak to mi się wydaje, ale...

Przede wszystkim, jeżeli już uda Ci się zdać dobrze maturę (rozszerzony angielski, polski, historia, przydałaby się również przynajmniej geografia, wszystko oczywiście +80% ) czeka Cię rekrutacja. Taaa... Pierwszym punktem wycieczki jest TA DAAAM~!

GRAMATYKA JĘZYKA POLSKIEGO.

Się zgiełam i przetoczyłam przez pół pokoju. Ja i gramatyka? Dobry Panie, za jakie grzechy... Ja do tej pory nie rozróżniam części mowy od zdania (w jednym jest czasownik, w drugim orzecznie, ale co do czego?!). Pięknie. Ale, ale- to dopiero począteczek.

Drugi punkt: angielski, na którym to podobno odpada 50-60% osób. Se myślę- luzik, mam FCE. I tu też mnie uprzedzono, ponieważ egzamin ten jest na poziomie o wiele wyższym niż intermediate. No cudownie. I pewnie znowu ta *&$)%#@ gramatyka, na której leżę.

A to jeszcze nie koniec kopania leżącego. Jeżeli przeskoczysz dwie pierwsze przeszkody ( O ILE TO ZROBISZ) zostaje Ci rozmowa wstępna. Oto, co powinieneś wiedzieć, kochany jeszcze-nie-japonisto, aby odpytujący byli z Ciebie mniej lub więcej zadowoleni:

1. Ogólne dane o Japonii- powierzchnia, kultura i takie tam, co to już dawno powinieneś mieć w małym paluszku
2. Motywacje i nadzieje- czyli po co Ty tu właściwie?
3. Japonia w polskiej literaturze
4. Japonia i jej miejsce w świecie
5. Wiadomości o języku japońskim
6. Problematyka dotycząca Japonii w programie szkoły średniej
7. Przekłady literatury japońskiej na język polski
8. Lektury, czyli lista 16 opasłych papierowych krów
9. Japonia w środkach masowego przekazu
10. Związki Japonii z Polską- gospodarcze, kulturowe i polityczne.
11. Dziedzina wiedzy dotycząca Japonii, będąca przedmiotem szczególnych zainteresowań.

I co ciekawe, najbardziej boję się punktu nr 2. Bo jakie są moje motywacje? Manga i anime? Super, fani M&A podobno są jeszcze bardziej niemile widziani na Japonistyce, ponieważ 'podbierają' miejsca prawdziwym miłośnikom Kraju Kwitnącej Wiśni.

A nadzieje? Jakie nadzieje? Co ja właściwie mogę po tym robić? Być tłumaczem? Nuuuda. Pracować w ambasadzie. O, to już coś. Tłumaczyć mangi. Aaa, najciekawsza i najmniej ambitna propozycja. Nienienie.

Super. Czyli wybieram się na coś, po czym do niczego się nie przydam. Mmmm. Kusząca wizja, ale nie, dziękuję, postoję!

No.

Rachunek sumienia zrobiony. Problem w tym, że z tego jeszcze nic nie wynika.
I to właśnie TU leży mój problem. Nie umiem wyciągać wniosków. I to nie tylko tych właściwych, ale jakichkolwiek. Ale to nie jest temat na teraz, już i natychmiast. Niech se poczeka i pokisi w głowie, może coś wyjdzie.

A tymczasem... salut. :)