O tak, posiadam mięśnie. Muszę je mieć, bo co innego mogłoby tak diabelnie boleć?
W poniedziałek byłam na moich pierwszych zajęciach z capoeiry. Było bosko. Ciężko, ale czy ktoś mówił, że będzie łatwo? Poza tym, jako jedyna z dziewczyn zrobiłam 10 pompeczek. :'3 Przyznaję, że w porównaniu z chłopcami, którzy chyba nosem dotykali parkietu, to NIC, ale... I dużo biegaliśmy, biegaliśmy i... biegaliśmy. Na różne sposoby- przodem, tyłem, 'na czworakach', a później 20 brzuszków, 20 przysiadów i znów bieganko... I mnóstwo, mnóstwo rozciągania. Praktycznie wszystkie ćwiczenia mają na celu wzmocnienie i rozciągnięcie mięśni. Ciężko mi stwierdzić, którym częściom ciała poświęca się najwięcej uwagi, bo boli mnie wszystko. xD Ale co najbardziej zauważam, to:
1. Nogi- z naciskiem na łydki. Czasami żałuję, że chce mi się do łazienki. I na palcach nie dam rady stanąć (póki co). Próbowałam przy lusterku. O, i jeszcze stopy. Jako, że nie stosujemy żadnego obuwia zastępczego, czyli naczy biegamy na boso(co ma na celu 'hartowanie' skóry, cobyśmy po betonie biegać mogli, jak to mówi nasz instruktor) bolą niemiłosiernie, i dodatkowo czarne niczym Matka Ziemia.
2. Ręce- tutaj ramiona i wewnętrzna część dłoni. W sumie to nie wiem czemu, ponieważ tak naprawdę, to mało ciosów wyprowadza się rękami. Służą głównie do obrony, zasłaniania twarzy, ewentualnie 'dodania energii' reszcie ciała (ale to trza zobaczyć, żeby zrozumieć).
3. Kręgosłup- o tak. Capoeira robi 'kuku' naszemu drogiemu kręgosłupowi. Ja, ze skoliozą na poziomie pierwszym, miałam to standardowo gdzieś (wiem, zapłacę za to na starość). Ale kiedy w dzień po treningu poczułam, że nie mogę się wyprostować, bo kłujący, promieniujący aż po mózg, ból nie pozwala mi na to, to... no właśnie. Ale nie zrezygnuję. Nie, bo nie. Jak już pisałam- to jest to, czego szukałam. 'Żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo', hej! I nie ma tam nic o 'I uważaj na kręgosłup!'.
Co jeszcze ciekawego- capoeira to przede wszystkim: maksymalna koordynacja ciała i mnóstwo akrobatyki. Tak, capoeira uczy przede wszystkim kontroli nad własnym ciałem, emocjami. Nie chodzi o to, żeby przywalić przeciwnikowi, a potem runąć obok niego na ziemi, bo straciłeś równowagę. Chodzi o to, by w razie potrzeby cofnąć uderzenie, i wrócić do pozycji wyjściowej. I to mi się najbardziej podoba w tym wszystkim.
Znów, dla cierpliwych- reklama Orange'a z capoeristą! Wiem, pewnie nikt tego nie zauważył, jak leciało w TiVi, co, zadżumione moje paszczaki? ;) Swoboda&kontrola.
Druga sprawaaaaaa...
A wiecie, co jutro jest? Ano 14 lutego, czyli ano Walentynki.
Mój tata nie lubi tego święta. Twierdzi, że jest namacalnym dowodem na 'zamerykanizowanie' naszego społeczeństwa i w ogóle 'be' jest. Mama ma obojętny stosunek. Ale chyba darzy to święto dziwną, swoistą sympatią.
Do tej pory też myślałam raczej ciepło o 'święcie miłości'. Bo czy może istnieć lepszy powód do świętowania niż właśnie miłość? Tak, takie było moje rozumowanie. Piszę 'było', ponieważ niedawno zaczęłam się nad tym zastanawiać...
Jeszcze parę miesięcy temu byłam przekonana o tym, że spędzę to święto z osobą, która jest dla mnie specjalna. Z osobą, którą (święcie w to wierzyłam) spędzę resztę życia. Z osobą, z którą będę pokonywać, życiowe trudności, z którą będę dzieliła i smutki, i radości. Wreszcie, z osobą, która będzie dla mnie najważniejsza.
Mniejsza o to, jak to się wszystko skończyło. Nie tak, jak skończyć się powinno. Żałośnie śmiesznie, można by rzec. Ale, było, minęło; ważne, że nie pleśnieje mi już w głowie.
Dotychczas nie zastanawiałam się, jak traktują to święto osoby, które były lub są w takiej sytuacji, w jakiej ja jestem teraz- samotna od niedawna. Jeszcze przed chwilą posiadające poczucie bezpieczeństwa, czułość, troskę innej osoby i te wszystkie drobiazgi, jakie wnosi do naszego życia miłość, a za moment pozostające z niczym, ewentualnie ze wspomnieniami, które najchętniej wsadziłoby się gdzieś. I to bardzo głęboko.
Jutrzejsze Walentynki spędzę więc samotnie w Warszawie. Sama, ponieważ mama pojedzie do pracy w Blue City, Adaś też do 18 w pracy... Pewne wręcz jest, że spędzę 'Święto Miłości' sama samiusieńka, z wiernym przyjacielem komputerem. Ale nie, nie rozczulajmy się nad sobą. Odwagi, Magdaleno, pójdziemy podbijać Warszawę (co prawda paraliżuje mnie myśl o samotnym zwiedzaniu stolicy, ale...)! Drżyjcie, warszawiaki zadżumione~! 8D
A na końcówkę, coś od http://meago.deviantart.com .Strasznie mi się spodobał, pomyślałam, żem siem podzielę. ;)No nic. Bełkoczę dzisiaj niemiłosiernie. Chyba więc już skończę... Oszczędzę i sobie, i Wam. ;3
Wszystkiego naj naj naj z okazji Walętynek~!
Zum zum zum, capoeira mata um~!