Bo z dziadkami nie chciało nam się tłuc od mamy samochodem do szkoły, więc kupiliśmy sobie bilety dobowe (które podrożały o 2 złote! Zdzierstwo!) i wskoczyliśmy do metra. Wysiedliśmy na stacji Centrum, i tragedia- babci rozerwała się spódnica na... no, wiadomo gdzie najczęściej się rozrywa. I się rozdzieliliśmy. I to był początek.
Bo kazali mi wsiąść w tramwaj i jechać na Plac Zawiszy, i tam podobno bez problemu trafia się do PJWSTK. Ha ha. Wysiadłam, gdzie chcieli, pytam się jakiejś normalnej pani, gdzie tu Koszykowa ulica jest. A ona na to, że to w ogóle nie te rejony! D: I karze mi wsiąść w autobus nr 159. Jaaasne, autobusy to śmiertelna pułapka dla n00bów w Warszawie- wywoziciele w NAPRAWDĘ nieznane rejony, tzw. 'Bóg wie gdzie'.
Przy okazji inna pani (już nie wyglądała normalnie, każdy element jej stroju był w innej bajki) próbowała wcisnąć mi historyjkę, że ukradli jej portfel i że potrzebuje 5 zł na powrót do domu... Oczywiście moja naiwność pewnie wzięłaby górę nad rozsądkiem, i pozbyłabym się 5 zł. Gdybym je miała. Ale akurat tego dnia nie miałam przy sobie żadnych funduszy.
Na owym Placu Zawiszy spytałam o drogę pewnego pana, który wyjął z plecaczka mapę, i razem szukaliśmy. Przyjemnie było, ale niespecjalnie mi pomogło, bo mapy... no, nie mam do nich głowy. D:
Wróciłam do Centrum, i tam było już o wiele lepiej, bo mili ludzie w końcu wskazali mi jakąś konkretną drogę. Poszłam Emilii Palter i spotkałam (Bóg zapłać!) TAKSÓWKARZA.
M: Przepraszam, wie pan gdzie jest ulica Koszykowa?
T: (z nieopisanym uśmiechem) Wieeem.
M: A... a powie pan?
T: Nooooo... powiem. Na pierwszych światłach w prawo.
Ci to wiedzą, co i jak i gdzie.
I tak mijałam ludzików, co mnie popychali do celu. Pan z dzieckiem, dwóch chłopców, pan z siatką... I TAAAAK! KOSZYKOWA AT LAST!
Teraz już tylko znaleźć nr 86. Dosłownie biegłam, już czułam, że jestem blisko! I co mnie mija? Autobus nr 159. -__-' No, mniejsza o to, na następny raz będę wiedziała. Po drodze spotkałam Anię z Kamilem, którzy przyjechali na dni otwarte z Sandomierza. Było ok. 10.40, a umówieni byliśmy na 10.00, ale wszyscy trochę pobłądziliśmy...
PJWSTK utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że chcę tam iść. Ta atmosfera, ci uczniowie, nauczyciele... wsiąkałam atmosferę jak gąbka, wyobrażając sobie, że za rok, to ja będę dokładać plam od farb na podłodze. Zakręceni pozytywnie ludzie. I nie obchodzi mnie, ile ona kosztuje. Intuicja mi podpowiada, że to się zwróci w swoim czasie. :)
To, co mnie najbardziej cieszy w mojej obecnej sytuacji, to to, że już wiem, co w moim życiu co i jak. Przez większość gimnazjum myślałam o tym, co mam robić, gdzie jest moje miejsce. Pytałam samą siebie: 'Magda, w czym Ty jesteś dobra?'. Patrząc na oceny, to chyba we wszystkim, można było odpowiedzieć. 'To co lubisz robić?'
No i tu odpowiedź przychodziła sama, nie musiałam się nawet wysilać: rysować.
Tyły zeszytów, dziesiątki brudnopisów, boki książek. Wszystko zabazgrane tonami rysunków. Uwagi nauczycieli, bo 'Madzia nie uważa na lekcji i rysuje'.
Ale 'artysta to nie zawód'- to słyszałam przez całe życie od rodziców. I zgadzałam się. To było takie moje życiowe oszustwo. Bo miałam być tłumaczem. Poważany zawód, pewnie dużo się zarabia, a ja w te klocki językowe jestem dobra.
Teraz już wszystko jest jasne- zostanę grafikiem. Ale cały czas rozmyślam hipotetycznie- a gdyby mama nigdy mi nie wspomniała o PJWSTK? Gdybym zdecydowanie szła w kierunku UW, bo tego ode mnie wymagają? Brrrrrr. D:
Trzeba podążać za znakami. Zaufać czasem intuicji. Teraz już to wiem, że pracuje się ZA pieniądze, nie DLA pieniędzy. Rób, co lubisz tak, żeby Ci za to płacili. I tym się będę kierować.