Padam na ryjek.
Ostatnie dni były dla mnie jak istny, diabelski młyn. Od dołka związanego z kursem pierwszej pomocy, aż po brazylijską euforię. Ale od początku.
Zakończył się kurs na ratowników ZHP, który miał miejsce w Częstochowie. Udało mi się zdać, ale nie chciałabym po raz drugi zmagać się z taką ilością stresu. Teoria i resuscytacja przeszły mi gładko, ale symulację musiałam poprawiać. Gdyby nie wsparcie Osy i Yurka, wyparowałabym z nerwów ( co nie zmienia faktu, że i tak się poryczałam). Niewiadomo, jak z naszą specjalizacją zastępu, bo sporo osób nie zdało...
Swoją drogą, kurs nauczył mnie paru rzeczy: przede wszystkim, nigdy nie mówimy przy poszkodowanym 'oh fuck' (liczymy się z możliwością, że zna języki obce). Poszkodowanych nie nazywamy 'denatami'. Nie krzyczymy przy poszkodowanym: 'O w mordę! Przeszło na wylot!', ani nie powtarzamy w kółko: 'Wiecie, on już chyba nie żyje'.
Teraz trochę pretensji.
Co do capoeiry- zmęczyłam się ciągłym namawianiem różnych osób na to, żeby przyszły i spróbowały. Nie chcecie? To nie, może lepiej, że nie wiecie, co tracicie.
Dla tych, co to jeszcze się wahają: nie bójcie się. Nikt Was tam nie wyśmieje. Capoeira jest dla wszystkich- dla małych, dużych, dla tych ze słabą kondychą, i dla wysportowanych. Jeden raz na pewno nie zaszkodzi, a może zachęci. Poniedziałek, 17.30 u mnie- ewentualnie od razu na 18.00 w Publicznym Gimnazjum nr 3. Strój sportowy i, co najważniejsze, WODA (bo uschniecie :P). I nie wolno się spóźnić, bo se nie poćwiczycie. Można też, jeżeli ktoś jest naprawdę zestrachany, przyjść i tylko popatrzeć.
Im bardziej się w to wkręcam, tym szczęśliwsza się czuję. W końcu umiem zrobić mostek, co do tej pory uważałam za niemożliwe. Powoli, małymi kroczkami, ale staję na rękach. Z moją koordynacją jest coraz lepiej. Jest prawie zbyt pięknie, by było prawdziwie...
Ostatni trening był jednym z zabawniejszych. W końcu udało mi się dość roluźnić, nawiązać nić porozumienia, zapamiętać sporo imion innych. A, najmilej wspominam ćwiczenie z DenteDuro. :) Naszym zadaniem było podnieść nogę, położyć ją na brzuchu partnera i popchnąć go (podobno miało być delikatnie :D ). Grześ (vel. Kasia) ćwiczy już 3,5 roku, więc nie mam mu jak podskoczyć z moim 2-miesięcznym stażem (n00b 8D ). Przez chwilę miałam wrażenie, że stracę mój żołądek. Droczył się ze mną niemiłosiernie, a moje popchnięcia kończyły się tym, że to ja leciałam do tyłu, a nie on. :P Ale luz, popracuję nad tym. :)
AH. No i najważniejsze.
Chyba się zakochałam.
Z mocnym akcentem na 'chyba'. I nie 'zakochałam' to zbyt mocne określenie. 'Zauroczyłam', o, to już bardziej. Pewnie dlatego, że wiosna. :D Problem w tym, że ja bardzo lubię powodować powikłania uczuciowe. Mam do tego nadzwyczajne predyspozycje. :) Więcej nie powiem, bo jestem wredną małpą. :P
A teraz utwór, który tkwi w mojej głowie od jakiegoś czasu. A że dzielenie się sprawia mi przyjemność, to się nim z Wami podzielę. :) Doceńcie mój gest. :) Piosenka nosi tytuł 'Seasons of love', soundtrack z filmu 'Rent'.
Muszę przyznać, że ten post jest zupełnie i totalnie najbardziej bezsensowny, jaki do tej pory udało mi się sklecić. Wybaczcie mi tą chwilkę słabości. :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz